Tomasz Witkowski
W obronie rozumu - blogHistoria pewnej prowokacji...O mnieZakazana psychologiaLapidarium
Forum
Księga gościEnglish version
Forum

Forum  >  Refleksje psychologa

Początkowo chciałam się wypowiedzieć tutaj, z punktu widzenia naukowca.Po dłuższych przemyśleniach postanowiłam jednak podzielić się w tym miejscu swoją refleksją z głębi serca. Cieszę się,że ta dyskusja ma miejsce, że ją Pan sprowokował (w tej chwili mniejsza o metodę, ważne,że myślimy).
To, co uznałam za najważniejsze, to pytanie, które pragnę głośno wypowiedzieć. Kim jesteśmy my - psychologowie, żeby dawać sobie prawo do stawiania się wyżej od naszych klientów? Czy nie to właśnie robimy używając słowa "pomaganie"? Od dawna już słowo "klient" zastępuje słowo "pacjent" a my nadal wypowiadamy się jak "lekarze od duszy". Wiele osób cierpiało i wciąż cierpi z powodu niewłaściwej terapii. Ale czy nie jest tu kluczowym, podejście do procesu terapii jak do uleczania w sensie niemalże medycznym? Człowiek nie jest w stanie sam zoperować swojej kończyny, jednak jeśli idzie o jego wnętrze, jakiejkolwiek metody nie użyjemy (pomijając farmakologię), wszelkie zmiany dokonują się poprzez niego samego. Jego decyzje i wysiłek. Wszyscy wiemy, że nawet najlepszy terapeuta nie pomoże komuś, kto tej pomocy przyjąć nie chce. Dlaczego poruszam ten temat? Nic w tej sytuacji nie wydaje mi się ważniejsze. A może chodzi właśnie o to Panie Tomku, by zdjąć z piedestału nas, psychologów, by uwagę naszą skupić na uświadamianiu ludziom, że to oni sami są swoim własnym motorem pomocy, że my psychologowie mamy im do zaoferowania jedynie wiedzę, którą udało nam się zdobyć. Wachlarz środków, z których on(ona)-klient może wybierać, że (co najważniejsze)jesteśmy takimi samymi ludźmi jak wszyscy, jak nasi klienci. Banalne i oczywiste? Nie sądzę. Czy nie wydaje się Panu,że tak głośny protest, związany z psychologami,którzy nie są profesjonalni a raczej wokół krzywd, jakie są w stanie wyrządzić, nie jest samo w sobie stawianiem tego grona ponad innymi(wszak tacy terapeuci zawsze byli i zapewne będą), nie jest gestem odbierania naszym klientom ich odpowiedzialności za własne życie?
Typowe pytanie, które zadamy studentom psychologii: "Co Pan odpowie jeśli przyjdzie do Pana osoba w deprsji i zapyta czy jej Pan pomoże?". Nie muszę chyba pisać nic więcej. Odpowiedź jest oczywista, jeśli nie kluczowa. Bo czy swoim postępowaniem, traktowaniem naszej profesji w ten a nie inny sposób nie zaprzeczamy najprostszej prawdzie-że jesteśmy takimi samymi ludźmi jak nasi klienci? Czy możemy w tej sytuacji mówić o dpowiedzialności za czyjeś życie? Czy to o co Pan walczy nie przyczynia się do nasilania zjawiska odbierania ludziom poczucia ich własnej sprawczości? A może zamiast mówić o tym jak wielka odpowiedzialność na nas spoczywa, zacznijmy głośno rozmawiać o tym jak ważne jest, by poszerzać świadomość tak zwanego "przeciętnego człowieka" na temat potęgi jego wkładu w proces terapeutyczny? Może z czasem, dzięki temu dojdzie do sytuacji, w której psycholog i klient będą rzeczywiście partnerami a we wszelkiego rodzaju pismach psychologicznych będą mogły ukazywać się wszelkie informacje będące dla czytelnika tymże jedynie - INFORMACJĄ? Mam głęboką nadzieję, że wyraziłam się w sposób wystarczająco jasny, że udało mi się przekazać, jakże ważną dla mnie myśl. Jeszcze raz dziękuję Panu za tę okazję do refleksji zarówno dla mnie, jak i dla wielu innych osób.
Tomasz Witkowski
2007/11/05 13:57:57
Pani Małgorzato,
bardzo dziękuję za tę głęboką i celną refleksję. Mam nadzieję, że stanie się ona punktem wyjścia do refleksji wielu psychologów, a psychoterapeutów w szczególności. Zgadzam się z większością Pani myśli, nie mógłbym ich wyrazić lepiej, choć z niekoniecznie w pełni zgadzam się z oceną sytuacji i moją w niej rolą.
Oczywiście, że odbieramy pacjentowi poczucie sprawstwa, a on niezwykle chętnie za to płaci. Dzisiaj wybierając odpowiednią terapię, może się dowiedzieć, że to nie on jest winien swojej sytuacji, ale:
- wszystkowiedzące pole stworzone przez przodków,
- rodzice, którzy pili,
- ktoś, kto go molestował w dzieciństwie,
- jego nieokiełznane libdo ukształtowane w dzieciństwie,
- czy wreszcie zaburzone pole morfogenetyczne.
Pacjent/klient zostaje zwabiony obietnicą, że pseudoterapeuta pomajstruje w odpowiednim miejscu i problemy zostaną rozwiązane. Tak funkcjonuje psycho-bizsanes, który sam siebie często określa mianem terapii. Ja nie chcę tutaj twierdzić, że czynniki niezależne od pacjenta nie mają wpływu na jego sytuację. Chodzi mi jedynie o uczciwe pokazanie ich roli i skali.
Każdemu terapeucie, czy to praktykującemu, czy początkującemu gorąco polecam książkę J. Massona "Przeciw terapii". Przeczytajcie ją, spróbujcie na własny użytek odeprzeć argumenty Massona, przekonać w duchu jego (i siebie), że nie ma racji. Jeśli wyjdziecie z tej potyczki zwycięsko i będziecie na 100% przekonani, że macie rację wtedy możecie w miarę świadomie uprawiać terapię.
Chciałbym poddać pod refleksję jeszcze jedną myśl. Badania nieodmiennie pokazują, że wiele (jeśli nie większość) modalności terapeutycznych jest skuteczna w porównaniu z brakiem terapii. Ale ta skuteczność nieodmiennie zanika, jeśli badania za grupę porównawczą przyjmują terapię placebo (z wyjątkiem terapii poznawczej i behawioralnej, ktore systematycznie potwierdzają swoją skuteczność). Wiele lat temu Hans Eysenck zaproponował (i czynił to bez złośliwości, czy ironii) potraktowanie terapii jako prostytucji przyjaźni. Być może (jeszcze raz podkreślam - bez szczypty ironii czy złośliwości) z takiej roli terapeuty również w pełni powinniśmy zdać sobie sprawę, ale rownież umieć taką rolę komunikoać i klientom/pacjentom i opinii publicznej?
W żadnym momencie mojej pracy nie chciałbym wywyższać psychologów profesjonalnych (jak to Pani ujęła). Jestem całym sercem za uczciwym prezentowaniem ich roli zarowno w nauce, jak i w rzeczywistości społecznej.
Bogusław Włodawiec
2007/11/05 23:22:04
Witam serdecznie Panie Doktorze,

po dwóch latach pracy w psychoterapii, zanim zdecydowałem się poświęcić resztę życia na dalsze jej uprawianie, chciałem upewnić się, że wyniki mojej pracy nie są tylko efektem sugestii. Przez dalsze 2 lata zajmowałem się badaniami nad efektywnością psychoterapii. Jej wyniki są dostępne w internecie: http://www.psychoterapia.net.pl/pro.php . Jeśli Pan sobie życzy, mogę przesłac Panu plik statystyczny z surowymi wynikami. Nadal przechowuję arkusze odpowiedzi pacjentów - może Pan przyjechać do mnie, przejrzeć je i na nowo wprowadzić dane do komputera, jeśli będzie miał Pan jakieś wątpliwości. Może Pan także spróbować skontaktować się z osobami badanymi.

Zdecydowana większość badań nad efektywnością psychoterapii wskazuje, że psychoterapia jest skuteczna. Literatura na ten temat jest ogromna. W anglojęzycznych bazach danych, takich jak MedLine czy EBSCO znajdzie Pan tysiące badań, wykazujących skuteczność psychoterapii. 8 lat temu zrobiłem podobny przegląd badań na swój użytek - znajdzie go Pan tutaj: http://www.psychoterapia.net.pl/badania.php

Dla badaczy zajmujących się tą problematyką nie istnieje już kwestia "czy psychoterapia jest skuteczna" - bo odpowiedź na to pytanie jest już rozstrzygnięta, lecz - jakie interwencje terapeutyczne przynoszą przypisywane im efekty i jaka jest efektywność konkretnych programów terapeutycznych, oferowanych w tej a nie innej placówce.

Mam wrażenie, że Pana wyobrażenia nt. tego, jak w praktyce wygląda psychoterapia - są odległe od rzeczywistości. Czym innym jest uzasadnione poczucie krzwydy z powodu nieszczęsliwego dzieciństwa, a czym innym - obarczanie rodziców odpowiedzialnością za swoje dorosłe życie. W terapii uczymy odróżniać jedno od drugiego.

Porównywanie psychoterapii do "prostytucji przyjaźni" jest tak wielkim nieporozumieniem, że świadczy o całkowitym niezrozumieniu przez Eysencka, na czym własciwie polega psychoterapia. Polecam choćby ksiązkę Cz. Czabały "Czynniki leczące w psychoterapii" - pokazuje ona, co naprawdę leczy w psychoterapii.

Podsumowując, obawiam się, że Pana projekt "Zakazana psychologia" zmierza do wylania dziecka z kąpielą - walcząc z niekorzystnymi zjawiskami mógłby Pan zniechęcić do skorzystania z pomocy osoby, które jej potrzebują i mogłyby ją uzyskać. Na szczęście w ciągu wielu lat istnienia psychoterapii w Polsce wystarczająco wiele osób mogło jej doświadczyć osobiście, tak że nie da sie już odwrócić tego korzystnego trendu - dalszej popularyzacji psychoterapii.

Pozdrawiam serdecznie -
ja
2007/11/06 14:00:03
Dziękuję Panie Bogusławie za ten głos rozsądku praktyka z wieloletnim doświadczeniem. Dziękuję jako psycholog i jako pacjent "terapeutyzujący się" w ramach szkolenia przygotowującego do zawodu psychoterapeuty. Niejednokrotnie mam okazję doświadczać (jak najbardziej subiektywnie) skuteczności psychoterapii, niekoniecznie behawioralno-poznawczej. Wg. mnie przypomniał Pan, że fakt znalezienia jednej (lub nawet kilku) czarnych owiec w stadzie nie musi stawiać pod znakiem zapytania sensu i sposobu istnienia całego stada. W trudnej do ogarnięcia różnorodności tkwi wiele niebezpieczeństw ale przede wszystkim wiele potencjałów i możliwości. Myślę sobie, że różnej maści redukcjonistycznym "inkwizytorom" może być trudno to zaakceptować, zwłaszcza gdy przejęci własną misją widzą głównie czarne owce. Trochę się może wyzłośliwiam ale lansowana w tej prowokacji pesymistyczna wizja polskiej psychologii i człowieka w niej funkcjonującego (jako pacjent lub badacz i terapeuta) kłóci się z moim codziennym doświadczeniem.
Pozdrawiam serdecznie.
Tomasz Witkowski
2007/11/06 14:33:23
A czytał Pan, Panie Bogusławie Massona? A Eysencka?
Bogusław Włodawiec
2007/11/06 15:51:37
Eysencka czytałem chyba z 10 lat temu: "Sens i nonsens w psychologii" oraz nieco później, w "Charakterach" - wywiad z nim pt. "Niezłomny krytyk psychoterapii". Trzeba przyznać, że Eysenck pisze ze swadą, przyjemnie się to czyta. Krytykę poglądów Eysencka czytałem także w obszernej ksiażce Lamberta i Bergina, poświęconej badaniom nad psychoterapią. Autorzy ci podważyli rzetelność analiz Eysencka.
Tomasz Witkowski
2007/11/06 23:55:44
Panie Bogusławie,
Eysencka polecam "Zmierzch i upadek imperium Freuda" - naprawdę pojęcie prostytucji przyjaźni jest tam gleboko przemyślane i bynajmniej nie ma na celu uderzenia w terapeutów. Mówi o tym, o czym zaczęła ten wątek Pani Małgorzata. Może powinniśmy oderwać się od złego znaczenia słowa prostytucja?
Massona też polecam nie, aby uderzyć w terapię, ale by ją wzmocnić, dlatego piszę, że każdy psychoterapeuta powinien ten dyskurs odbyć sam ze sobą, nie na forum internetowym, nie publicznie, ale przed lustrem, tak, jak się to przytrafiło kiedyś pewnemu mnichowi...
Nie chcę opierać się na wyobrażeniach i nie chcę oceniać wyobrażeń Eysencka. Chcę opierać się na faktach, a tymi są dla mnie wyniki badań i wnioski z nich płynące. Wyobrażenia łudzą i krytyków i zwolenników.
prośba_do_rorCokautoxia_&_co
2007/11/20 09:07:02
dasz radę odpuścić sobie już to forum?
bardzo proszę w imieniu wszystkich zwykłych szaraczków nieoświeconych istnieniem aż tylu linków, niewątpliwie bardzo interesujących ze specyficznego punktu widzenia określonego stanu umysłu, ale..bardzo prosimy, wystarczy.

7 razem elementów
Dodaj nową odpowiedź
Autor*
Odpowiedź*
[[Components/Captcha_:_title]]*
[[Components/Captcha_:_refreshImageTitle]]


W obronie rozumu - blogHistoria pewnej prowokacji...O mnieZakazana psychologiaLapidariumForumKsięga gościEnglish version
Zakazana psychologia II
Zakazana psychologia
Prowokacja
Inne